Rzeźnicy z RK Athletics!

 

Robert Korzeniowski:
15 godzin i 45 minut - tyle zajęło nam pokonanie 
w barwach Powerade Team RK Athletics 78 km w Bieszczadach, a przede wszystkim tyle potrzebowaliśmy, by zrozumieć czym jest legendarny "Bieg Rzeźnika". X razy startowałem już na 50-tkę, ostatnio śmigam maratony, ale to wszystko ma zupełnie inny wymiar. Na szlaku byliśmy tylko my i nasze myśli, pragnienia, obawy. Liczyliśmy na siebie wzajemnie i na cudownie wspierające nas logistycznie i emocjonalnie rodziny. Klęlismy i cieszyliśmy sie zarazem potykając sie o kamienie czy walcząc z wysokością wyrabianych w skale stopni.

 

Dlaczego cieszyliśmy sie? Bo dawaliśmy radę, a wokół nas było do zwariowania pięknie. Ostatni raz po Połoninie maszerowałem z moją licealną klasą 30 lat temu. Nie wiedziałem wtedy ani że będę olimpijczykiem ani też że zostanę biegającym rzeźnikiem... Czy wrócę tu wcześniej niż za 30 lat? Nie wiem, ale to zależeć będzie też od Wojtka, który musiał znosić moje pokrzykiwania o trzymanie rytmu i kolejne próby truchtu, gdy nie tylko nogi odmawiały posłuszeństwa...
 

Cieszę sie, że nasi Klubowicze byli tak liczni na trasie. Rzeźnika, bądź Rzeźniczka potraktowaliśmy naprawdę drużynowo, a do Rzeźniczątka zachęciliśmy jeszcze nasze dzieci: Franciszka Xawerego Korzeniowskiego, Xawerego Tomaszkiewicza i Aleksandra Tomaszkiewicza oraz dzieci naszych przyjaciół, którzy byli cały czas z nami. Trzeba być gotowym na sztafetę pokoleń. Bieszczady bowiem uczą pokory i poszerzają horyzonty.


Wojciech Tomaszkiewicz:
Cieszę się, że udało nam się osiągnąć główny cel jakim było dotarcie do mety. To wszystko dzięki partnerskiemu podejściu Roberta oraz całkiem niezłemu przygotowaniu do tego ultramaratonu. 
Plan treningowy rozpisał mi Robert i zakładał on wybieganie, trening siłowy i start w 2 półmaratonach oraz w maratonie londyńskim. Podczas biegu wiedziałem, że kluczem do ukończenia będzie wytrzymałość oraz przygotowanie mięśni z treningów siłowych.

 

Niesamowita była sama atmosfera biegu: poczuliśmy ją już na czwartkowym briefingu. Noc przed biegiem była krótka i spędziliśmy ją w Komańczy u sióstr w klasztorze. Dało to nam możliwość dłuższego snu o jakąś godzinę. Start też jest niesamowity: 1400 biegaczy z lampkami czołowymi robi niesamowite wrażenie. Początek biegu był dosyć łatwy. Ale im dalej tym było trudniej...

Sam bieg na 78 km daje stosunkowo mało możliwości na samo bieganie. Tylko najlepsi biegną przez większą część trasy. My biegliśmy może przez nieco ponad 20km, reszta trasy mijała w bólach i w tempie sięgającym nawet 20 minut na km! Długo w pamięci będę miał dojście do Smereku podczas którego Robert szedł swoim klasycznych chodem a ja starałem się dotrzymać mu tempa biegnąc. Wszyscy ci, którzy wyprzedzali nas na zejściu zostali później w  tyle :) Widoki górskie jakie mieliśmy okazję podziwiać rekompensowały ból i wysiłek. Najmilej wspominam okolice schroniska Chatki Puchatka gdzie miało czekać na nas piwo Rzeźnika, ale okazało się finalnie, że trzeba dojść po nie aż do samej mety.

Podsumowując: niesamowita atmosfera, niesamowici ludzie biorący udział w tej imprezie, fantastyczne widoki: wszystkim polecam, ale pod warunkiem że bardzo, bardzo solidnie się do niej przygotują. Oczywiście z RK Athletics! 

 

  powrót